Twój koszyk jest pusty

Dwór, pejzaż okaleczony, czyli esej o dworach Joanny Sypuły-Gliwy

Panią Joannę Sypułę-Gliwę poznałam na I Międzynarodowej Konferencji "Ziemiaństwo - polska tożsamość, dwór - polska tradycja". Była jedną z prelegentek i zgodziła się opublikować esej o dworach na naszej stronie. To wspaniała okazja do zapoznania się z fragmentem książki "Dwór, pejzaż okaleczony". Zachęcam do lektury.


esej o dworach Joanna Sypuła-Gliwa plakat blog Dwory i Pałace Polski

Dwór, pejzaż okaleczony

Kasacja zakonów przez króla Henryka VIII i rzucenie ich na pastwę zgubnego upływu czasu okazały się zbawienne dla angielskiego krajobrazu.
Jane Austen (za Valerie Grosvenor Myer, "Niezłomne serce. Jane Austen” Biografia)

Notując tę ironiczną uwagę, autorka Dumy i uprzedzenia miała na myśli malowniczość rodzimego pejzażu usianego ruinami opactw, klasztorów, kościołów, naturalnie łączących się z krajobrazem resztek zapuszczonych wirydarzy oraz z wrastającymi w angielską trawę murami oplecionymi bluszczem i powojem. Rozrzucone na Wyspach Brytyjskich pozostałości budowli sakralnych przeżyły swoje wielkie pięć minut, stając się w epoce romantyzmu ulubionym tematem obrazów i tłem powieści gotyckich. W istocie architektoniczne szczątki minionych wieków wtopione w naturę tworzą obraz miły dla oczu zwiedzających, stanowiąc jednocześnie pożywkę dla melancholijnych uczuć oraz snucia historyczno – literackich refleksji.

Odkładając biografię Jane Austen (,,Niezłomne serce" Valerie Grosvenor Myer, zaczerpnęłam z niej otwierający rozdział cytat), przeniosłam się myślami na równinne przestrzenie polskiego pejzażu, urozmaicone tu i ówdzie wydanymi na pastwę zgubnego wpływu czasu i dewastacji, rozpadającymi się pałacykami, dworami i dworkami. Na poły zespolone z pochłaniającą je roślinnością, gnijące i kruszące się pod ciosami klimatu, ale też ludzkich rąk, z roku na rok bliższe ostatecznej zagłady, budzą swym opuszczeniem i całkiem świeżą, a tragiczną historią, nostalgiczne myśli. Trzy wieki dzieliły angielską pisarkę od wydanego przez Henryka VIII aktu kasacyjnego, który stal się przyczyną upadku klasztorów w Anglii. Czy po tym samym czasie resztki ruin posiadłości ziemiańskich I i II Rzeczpospolitej wzbudzą już tylko romantyczną zadumę jakiejś przyszłej polskiej Jane Austen? Czy znajdzie się ktoś, kogo będą jeszcze interesowały tego rodzaju sprawy? Dnie uchodzą oraz prędzej, a przyszłość staje się teraźniejszością i już za chwilę czasem przeszłym. Czy za trzysta lat ktoś pochyli się nad materialnymi resztkami zapomnianych epok w tej części Europy? Czy będzie w ogóle nad czym się pochylić?

Szlachta, sarmatyzm, styl szlachecki – ideowe dziedzictwo idące od wojowników Mieszka przez stan rycerski aż po nastoletnich Kmiciców, Zagłobów i Wołodyjowskich broniących barykad Powstania Warszawskiego. Jedyna w swoim rodzaju cywilizacja szlachecka ukształtowała się w niezwykle trudnej geopolitycznie przestrzeni, na której Zachód nieustannie ścierał się ze Wschodem, alfabet rzymski i gramatyka łacińska naginały do swoich prawideł rozwichrzony język średniowiecznych komesów, a importowane z zachodnich dworów nowinki musiały szukać kompromisu nie tylko z podłożem lokalnym, ale także z przenikającym tu nieustannie za sprawą Turków i Tatarów egzotycznym towarem kulturowym. Była niepowtarzalna. To Andrzej Bobkowski pierwszy odważył się zaryzykować zdanie, że: "Poza stylem szlacheckim, żadnego stylu nie wytworzyliśmy i cała przyszłość przed nami." ( Andrzej Bobkowski, "Szkice piórkiem", Warszawa 2001.) I chyba trzeba się z tym pogodzić, że ten wysublimowany nad Wisłą, Niemnem, Dniestrem styl pozostaje jedynym całkowicie oryginalnym, a. wszystkie inne, gdy się im przyjrzymy dokładnie, okazują się przetworzonymi - nieraz bardzo odległymi od pierwowzorów - stylami wykreowanymi przez Zachód, mutacjami obrosłymi tutejszymi obyczajami, upodobaniami, estetyką.

Styl ten, pojemny jak osiemnastowieczny kufer podróżny, zakwitał i zakwita (nadal mocno jesteśmy do niego przywiązani) umiłowaniem wolności, męstwem i brawurą, autentyczną dumą szlachty, także tej drobnej, z klejnotu i honoru, ale i nonszalancją, megalomanią, sobiepaństwem, pychą, w wynaturzonej formie prowadzącymi do dezintegracji społecznej. "Nigdy z królami nie będziem w aliansach" i verbum nobile, ale z drugiej strony liberum veto i szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie. To ostatnie powiedzenie przedstawia w skrócie obraz stosunków panujących w Polskiej Rzeczpospolitej Szlacheckiej., w której podstawową, jakże piękną w założeniu, zasadą była równość panów braci niezależnie od ich sytuacji materialnej i pełnionych, bądź nie, wysokich urzędów. Musi być coś na rzeczy, skoro jest to jedno z ulubionych i często przywoływanych przysłów polskich, choć jego interpretacja przybierała i przybiera nierzadko karykaturalne formy.

Symbolem stylu pozostaje dwór, słowo klucz do polskiej cywilizacji szlacheckiej, a może - zaryzykujmy - do kultury polskiej w ogóle, słowo obejmujące swym zakresem znaczeniowym zarówno materialną, jak i duchową substancję. Pierwsze znaczenie odnosi się do siedziby szlacheckiej, a czasem szerzej: ziemiańskiej – ziemianin to niekoniecznie szlachcic - i w ciągu wieków stało się dla Polaków tym, czym manor dla Anglików.

Brzóza (Mazowsze ) - wybudowany w 1840 roku przez Adolfa Loewe pałac w stylu pseudomauretańskim należący do rodziny Heydlów istnieje już tylko na namalowanej przez Zulę Baranowską - Rawicz akwareli

Czym różnił się dwór od pałacu, gdzie przebiegała granica? Dworek – wiadomo, mały, parterowy, najczęściej drewniany, nawet laik raczej go z tym drugim nie pomyli. Najlepiej zdefiniował dwór, jednocześnie podkreślając co różni go od pałacu, proboszcz rzeczycki, ksiądz Jędrzej Kitowicz:

"Pomniejszych panów i szlachty majętnej dwory najwięcej bywały drewniane we dwa pietra i w jedno, przyozdobione zewnątrz galeriami, wystawami, gankami i przysionkami, lecz ten kształt nie był powszechny; były drugie, budowane w prosty czworogran, czyli kwadrat, jak stodoły i szopy. (. . .) Jeżeli był gmach wielki, zwał się pałacem, bądź murowany, bądź drewniany,, gdy miał wedle siebie oficyny. Jeżeli nie miał, a do tego był pomiernej wielkości, zwał się dworem albo dworkiem według swojej rozległości." (Jędrzej Kitowicz, "Opis obyczajów za panowania Augusta III", Warszawa 1985).

Tak rozumiany dwór stanowi nie tylko drewniany czy murowany budynek, ale także materialną syntezę przedmiotów gromadzonych pod jednym dachem przez kilka pokoleń, rzeczy zarówno użytku codziennego, jak i służących zaspokajaniu potrzeb estetycznych duchowych ich właścicieli. Jedne i drugie to dzieła sztuki zdobniczej czy użytkowej. Prawie każdy dwór skrywał meble różnorakich stylów, obrazy, sztychy, rzeźby, srebra, brązy, porcelanę (zagładę tej ostatniej pięknie opisał Czesław Milosz w ,,Piosence o porcelanie"), broń, instrumenty muzyczne, książki, mapy i rodzinne archiwa, a wreszcie wszelkiego rodzaju tkaniny ozdobne – szlachta lubowała się w ozdabianiu wnętrz dywanami, kobiercami i makatami, co było niewątpliwym wpływem Wschodu. To dzięki umoszczeniu skromnych nieraz wnętrz owymi arcydziełami anonimowych rzemieślników:

,..komnaty sprawiały wrażenie bogactwa, a do pewnego stopnia nawet zbytku i uderzać musiały gościa bardzo malowniczą dekoracją, a to dzięki tej nieprzebranej niekiedy obfitości opon, szpalerów, makat, kobierców i kołtryn ( płótna malowane do wyklejania ścian)" (Władysław Łoziński, ,,Życie polskie w dawnych wiekach". Lwów 1907)

Tradycyjny typ dworu polskiego ukształtował się ostatecznie w XVII wieku. Był to najczęściej drewniany – prawie dziewięćdziesiąt procent domów szlacheckich w owym stuleciu wybudowano z drewna – parterowy budynek z mansardą, rzadziej piętrowy, często obrosły licznymi alkierzami, z choćby najskromniejszym portykiem kolumnowym od frontu, zwieńczonym trójkątnym tympanonem, który z czasem stał się znakiem rozpoznawczym sygnalizującym, że to w tym domu mieszka szlachcic Jak ważny był to akcent, niech zaświadczy spostrzeżenie historyka brytyjskiego. Omawiając fenomen szlachty polskiej i związane z nią atrybuty, Norman Davies napisał:

Polska drobna szlachta była czymś jedynym w swoim rodzaju. W niektórych dzielnicach - na przykład na Mazowszu – stanowiła jedną czwartą ogółu mieszkańców. W niektórych okręgach szlachta zaściankowa – czyli siedząca za ścianą – tworzyła całą ludność odseparowanej od chłopów osady, tak zwanego zaścianka. Szlachcice bronili swojego sposobu życia z zajadłą determinacją (...). Mogli mieszkać w ruderach, ale każda taka rudera musiała mieć ganek, a nad nim tarczę z rodowym herbem" (Norman Davies, „Europa” ,Kraków 1998)

Choć ten typ architektury swój najpełniejszy wyraz odnalazł w klasycyzmie, równie wdzięczne są jego przejawy nacechowane neogotykiem, neorenesansem, czy eklektyzmem. Jeśli rozejrzymy się uważnie po krajobrazie współczesnej Polski, nie zobaczymy co prawda zbyt wielu zabytków omawianego stylu – pół wieku panowania barbarzyńców zrobiło swoje – ale bystry obserwator zauważy, że duch dworu w postaci stylu dworkowego jest obecny w III Rzeczpospolitej. Biały dom z kolumnami nakryty łamanym dachem stał się wymarzonym rodzajem rezydencji wielu nuworyszy, a w skromniejszej formie marzeniem rodzącej się klasy średniej. Nie ma zresztą w tym architektonicznym snobizmie niczego nagannego. Wyrazem tych samych tęsknot jest popularność biur heraldycznych i genealogicznych. Wprawdzie tytuły, herby, herbarze, błękitna krew to sztafaż przeszłości, ale jakże przyjemnie posiadać drzewo genealogiczne, w którego korzeniach znajduje sie przodek ze szlacheckim nazwiskiem, nawet jeżeli umieszczono go tam niekoniecznie zgodnie z historyczną prawdą.

,,My w Polsce nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę. Jest jedna tylko rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenna: tą rzeczą jest honor." Słowa te wypowiedziane przez ministra spraw zagranicznych Józefa Becka w przemówieniu sejmowym 5 maja 1939 roku, stały się jego najczęściej cytowaną – być może jedyną funkcjonującą w świadomości powszechnej - wypowiedzią. Lapidarna i piękna w swej prostocie odnosi się do jednej z najwyższych wartości – honoru. To wycyzelowane przez kulturę łacińską i japońską – zupełnie niezależnie od siebie – pojęcie stało się szczególnym uniwersum szlachty polskiej i głównym składnikiem tworzącym duchową substancję pojęcia dwór. Honor oprócz herbu był najważniejszym dobrem dziedzicznym szlachcica, nierozerwalnie wiązał się z klejnotem szlacheckim, a o ludziach którzy go nie posiadali, mówiono, że nie mają ,,właściwości honorowych." Do drugiej wojny światowej nie można było wyobrazić sobie większej obrazy niż powiedzenie, że ktoś owych właściwości nie posiada. Regulowano te sprawy poprzez pojedynki, a cały związany z nimi rytuał opisany został w opublikowanym przez Władysława Boziewicza w 1919 roku ,,Polskim Kodeksie Honorowym", znanym szerzej jako ,,Kodeks Boziewicza".

,Sielskość i rycerskość to główne, niemal wyłączne cechy życia szlacheckiego w przeszłości" (Władysław Łoziński, Życie polskie w dawnych wiekach"). Przyjęte przez szlachtę polską normy honoru wywodzą się ze średniowiecznego etosu rycerskiego i stanowią naszą rodzimą część kulturowego dziedzictwa europejskiego. Honor nakazywał stawać w obronie ojczyzny, kobiet i naruszonej czci własnej, dotrzymywać wierności swojemu suwerenowi i danego słowa, ale też zabraniał zajmowania się handlem czy rzemiosłem Według konstytucji z 1505 roku ( Volumina Legum) utrata szlachectwa następowała w wyniku ,,orzeczenia kary śmierci, skazania na banicję, połączonego z utratą czci, oddania się szynkarstwu, kramarstwu lub rzemiosłu." Dla porównania: szlachty angielskiej nie obowiązywały tak surowe zasady i utytułowany gentlemen bez obawy utraty honoru mógł zajmować się kupiectwem a w bliższych nam czasach działalnością przemysłową, o czym w rozdziale poświęconym arystokracji w "Wyspach" pisze Norman Davies:

,Dzięki prawu pierworództwa, praktyce zawierania małżeństw wśród anglikańskiego duchowieństwa oraz niezwykłej tradycji zaangażowania w interesy handlowe arystokratyczne rodziny w Wielkiej Brytanii podejmowały rozmaite działania, które byłyby nie do pomyślenia gdziekolwiek indziej w Europie. (...) Najmłodsi synowie nie mieli nic z arystokratycznych uprzedzeń (...) i bez żadnych oporów plamili sobie ręce handlem lub przemysłem.. Ich zadanie polegało na dbaniu o interesy rodziny." (N. Davies „Wyspy”, Kraków 2003)

Jeżeli przyjmiemy, że honor, tak istotny czynnik generujący polski styl szlachecki, należy także do sfery narodowej mitologii, to pamiętajmy również, że tworząc mity dążymy do doskonałości, a historia ludzkości ograbiona z mitologii, mogłaby się okazać zbiorem przypowieści o pożądaniu, grabieży i nikczemności. Bo czasem lepiej krzyknąć: ,,Bóg mi powierzył honor Polaków" . . . i utonąć, niż obumierać na królewskiej emeryturze w petersburskim pałacu. O tym, jak ważne w chwilach próby okazywało się przywiązanie do wartości tak niematerialnych jak honor czy klejnot szlachecki, świadczą fakty opisane przez Zofię Kossak w ,,Pożodze". Na Kresach żyły tysiące przedstawicieli szlachty zagonowej, biednej często na granicy nędzy, schłopiałej, ciemnej, nieufnej wobec polskich ,,paniw", z którymi jednak łączyły je religia i szlachectwo. Gdy na Podolu, Pokuciu i Wołyniu zapłonęły polskie dwory, a wieś ukraińska chciwa krwi i cudzego dobra ruszyła po nie z widłami i siekierami, owa szlachta - ,,proletariat kresowy" – z marginalnymi wyjątkami nie wzięła udziału w pogromach.

,,Dla samej etyki i wysokiego poczucia moralnego oparli się straszliwej pokusie łatwego zdobycia majątku, wyśmiewaniom, a nawet groźbom sąsiadów – i nie wzięli nic. Nie robili tego ani dla nagrody, ani ze strachu, bo wszyscy byli wtedy przekonani, że właściciele nigdy już nie wrócą.(...) Skąd, pod czyim wpływem, mogli się zdobyć na tak pięknie kulturalny odruch?! Jedyną przyczynę i odpowiedź można znaleźć w głębokiej ich religijności, a jeszcze więcej może w przywiązaniu do swego szlachectwa, wysokiej ceny, jaką mu dawali, pewnej dumy rodowej, ostatniej deski ich ratunku duchowego (...). Rabunek dworu, choć tak kuszący, włączony został jednomyślnie do kategorii występków hańbiących i cały prawie ogół szlachecki nie wziął w nim udziału. (Zofia Kossak, „Pożoga”, Kraków, 1931.)

Zapoczątkowany rozbiorami rozpad szlacheckiego świata doprowadził w drugiej połowie XIX wieku do zmiany struktury społecznej i powstania społeczeństwa szlachecko – mieszczańsko – chłopskiego (do tej pory było to społeczeństwo szlachecko – chłopskie z cieniutką warstewką mieszczaństwa). Dwór w dalszym ciągu trzymał się mocno, ale po raz pierwszy na taką skalę część jego mieszkańców w wyniku historycznych i gospodarczych przemian oraz kolejnych popowstaniowych represji zaczęła przenosić się do miasta. Do wielu rodzin szlacheckich, które w tym czasie zmieniły wiejski dwór na dom lub mieszkanie w mieście, należeli Stefania i Józef Sienkiewiczowie. W 1861 roku rodzice przyszłego noblisty sprzedali majątek Wężyczyn nad Świdrem i zamieszkali na stałe w Warszawie. Podobnie w 1875 roku rodzina Piłsudskich przeniosła się z resztką majątku z Zułowa do Wilna. Wreszcie w konsekwencji pierwszej wojny światowej oraz rewolucji październikowej do miast i miasteczek napłynęła wysadzona z siodła szlachta kresowa, której rozgrabione majątki pozostały poza granicami II Rzeczpospolitej. Efektem tego rozłożonego na pokolenia procesu było wykrystalizowanie się nowej grupy społecznej: inteligencji która pieczołowicie kultywowała etos szlachty polskiej, wzbogacając go dziewiętnastowiecznymi wartościami pozytywistycznymi. Patriotyzm, honor, poczucie obowiązku, wierność i lojalność wobec rodziny oraz ojczyzny, służba społeczna, wychowanie i wykształcenie dzieci, pielęgnowanie tradycji – to czołowe imponderabilia tej elitarnej grupy.

Pod koniec stulecia powstań dwór żeglował powoli w sferę mitu jako ostoja polskości , swojskości, prostych sprawdzonych wartości, szczęśliwego życia – starych dobrych czasów – stając się w XX wieku polskim odpowiednikiem angielskiego Merry old England, czymś otaczanym afirmacją, nostalgią, za czym się tęskni i co wywołuje miłe skojarzenia jak Boże Narodzenie, dzieciństwo, powrót po latach w rodzinne strony Tak widzianego dworu w oryginale próżno dziś szukać w pejzażu polskim, ale ma on swoje stałe miejsce w przestrzeni mentalnej Polaków.

Szacuje się, że w XVIII wieku na ziemiach polskich było około stu tysięcy dworów. W większości wybudowanych z drewna, a więc materiału zdrowego i szlachetnego, ale nietrwałego i łatwopalnego. Wiadomo, jaka część historii przypadła w udziale temu fragmentowi Europy, ile przetoczyło się przezeń wojen, powstań i pożarów, ile wojsk go zdeptało, ile rąk grabiło Dwa wieki później, do września 1939 roku pozostało tylko blisko dwadzieścia tysięcy dworów, a z tych zachowało się do dziś zaledwie około tysiąca . Dane te przedstawił Jacek Mycielski na XVI Kongresie Szlachty Europejskiej, który odbył się w Poczdamie 21 września 2002 roku. Nawiasem mówiąc Polskie Towarzystwo Ziemiańskie nie jest członkiem CILANE (Comission d'Information et de Liason des Associations Nobles d' Europe) ze względu na swoją demokratyczność - przyjmując szerszą formułę zrzeszenia ziemiańskiego, nie jest tym samym związkiem szlachty polskiej.

,,Jakie prace należy wykonać przed przystąpieniem do dzielenia ziemi.
Jeśli właściciel jest jeszcze we dworze, należy go bezwzględnie usunąć w przeciągu trzech dni poza granice powiatu, nie pozwalając mu zabrać nic więcej poza przedmiotami osobistego użytku. Wraz z nim winni opuścić folwark jego wierni pomocnicy, jak rządca, ekonom, karbowy, itd. Mogą się zdarzyć wypadki, że dziedzic lub jego pachołek sprawuje funkcję zarządcy majątku. Należy bezzwłocznie wyrzucić ich. Niedopuszczalną jest rzeczą, by właściciel lub oddany mu człowiek przebywał we dworze i wpływał na tok parcelacji ziemi. (...)
Jeśli znajdują się w terenie elementy reakcyjne, które w jakikolwiek sposób będą przeszkadzać lub sabotować wykonanie reformy rolnej, należy przy pomocy organów bezpieczeństwa unieszkodliwić je natychmiast." (Wskazówki dla Brygad Robotniczych, pracujących przy parcelacji majątków, Warszawa, 20. 03 1945 r.)

Podejście do własności stanowi jedną z kluczowych różnic dzielących przeciwników i zwolenników komunizmu, konserwatystów i liberalnych lewicowców, ludzi Zachodu ( chodzi o dawne znaczenie tego pojęcia) od ludzi sowieckich. W narzuconym Polsce w końcu drugiej wojny światowej systemie polityczno – gospodarczym pojęcie własności prywatnej uległo degrengoladzie, już samo słowo ,,własność" stało się nośnikiem treści podejrzanej politycznie. Najpierw w krótkim czasie, używając terminu "upaństwowienie", odebrano ludziom domy, ziemię, fabryki, warsztaty rzemieślnicze, sklepy, także rozmaite cenne prywatne kolekcje na przykład sztuki, a później przez kilkadziesiąt lat uczono społeczeństwo lekceważenia, pogardy dla wszystkiego co prywatne, dla posiadaczy, prywaciarzy, obszarników i kułaków. Symbolem burżuazyjnej, wrogiej klasowo, zgniłej "pańskiej Polski" stał się dwór. Propaganda komunistyczna wykreowała demoniczny obraz ziemianina – krwiopijcy, któremu sprawiedliwość dziejowa w postaci półpiśmiennych siepaczy władzy ludowej słusznie odebrała jego siedzibę, aby odtąd służyła ludowi jako miejsce spotkań koła gospodyń wiejskich lub magazyn kiszonej kapusty, a z czasem miała stać się naturalną rzeczy koleją schronieniem dla lokalnych pijaków.

Dekretem Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego z 6. września 1944 roku, który wszedł w życie siedem dni później, majątki ziemskie przekraczające 50 hektarów powierzchni użytków rolnych albo 100 hektarów powierzchni ogólnej zostały znacjonalizowane. Upaństwowieniu podlegały także lasy, których powierzchnia przekraczała 25 hektarów. Ich właściciele wywłaszczani bez odszkodowań otrzymali trzy dni na spakowanie osobistych rzeczy (" nie posiadających wartości naukowej, artystycznej lub muzealnej") i wyjazd poza granice powiatu, w którym znajdowała się ich posiadłość. Nie wolno im było osiedlać się bliżej niż trzydzieści kilometrów od niej. Do wprowadzenia w życie tak zwanej reformy rolnej nowe władze przystąpiły natychmiast, to znaczy od 13. września 1944 roku, z pełną bezwzględnością sprawdzonych na Wschodzie metod. Faktycznie często wypędzano właścicieli z majątków znacznie mniejszych niż określono w dekrecie – samozwańczy reżim nie stwarzał nawet pozorów przestrzegania hucznie ogłaszanego przez siebie nowego "prawa". Niespecjalnie starano się ukryć fakt, że chodzi o likwidację ziemiaństwa jako najbardziej wrogiej komunizmowi klasy społecznej i pospieszny zabór jej mienia.

W latach 1944 – 1945 podczas realizacji "reformy rolnej" zabrano ziemianom 2 700 tysięcy hektarów ziemi, nie licząc lasów. Z tego rozparcelowano 1 700 tysięcy hektarów, reszta pozostała w gestii państwa, stając się podstawą Państwowych Gospodarstw Rolnych (dziś ogromna większość ich ziemi należy do Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa). Obraz biednego chłopa z satysfakcją przyjmującego ziemię od przedstawicieli ludowego państwa utrwalił się w świadomości kolejnych pokoleń dzięki peerelowskim podręcznikom historii i książkom oraz filmom rozmaitych poputczyków komunizmu. Zamazywanie, przemilczanie, fałszowanie historii i rzeczywistości wpłynęło na powstanie stereotypu myślowego odnoszącego się do osławionej "reformy rolnej" i przedwrześniowych panów. Iluż ludzi naprawdę szczerze nienawidzących komunizmu uważało i uważa nadal: " że jednak chłopom ziemię trzeba było dać, przecież w sumie dokonała się jakaś sprawiedliwość dziejowa, a przed wojną nikt o tym nie pomyślał, a na wsi była tak straszna nędza i głód ziemi.

Tymczasem na mocy ustawy o reformie rolnej z 15. lipca 1920 roku i ustawy o wykonaniu tejże reformy z 28. grudnia 1925 roku, do wybuchu drugiej wojny światowej rozparcelowano ale za odszkodowaniami około 2 700 tysięcy hektarów użytków rolnych. Ustawa nie obejmowała lasów, sadów, parków oraz inwentarza. w Przed samym wrześniem 1939 roku do dalszego rozdziału pozostało 1724 tysiące hektarów, a więc mniej więcej tyle, ile po wojnie rozparcelowali komuniści. Z pozostałych gruntów zabranych ziemianom tworzono Państwowe Gospodarstwa Rolne.

Podczas okupacji znaczna liczba rodzin ziemiańskich została wyrzucona ze swoich majątków przez Niemców. Prawdziwy eksodus ziemiaństwa nastąpił jednak na terenach zajętych przez Sowiety i wraz z nadejściem Armii Czerwonej. Ludzie jak ptaki wracają zawsze do swoich gniazd, choćby mieli je zastać wyszabrowane, zniszczone, w ruinie. Wkrótce po powrocie, z dnia na dzień, a czasem z godziny na godzinę ci już tylko byli ziemianie musieli opuścić swoje domy, mając prawo do zabrania tylko rzeczy osobistego użytku. W powojennych latach w miastach pojawiły się całe klany zubożałych, dystyngowanych ludzi, często oprócz paru sztuk odzieży za cały bagaż mających kindersztubę, wyższe wykształcenie i owo trudno definiowalne poczucie przynależności do grupy spojonej dziedzictwem zbiorowych doświadczeń i wyższych wartości. To wszystko ozdobione nielicznymi pamiątkami wykwintnej przeszłości – jakiś klejnot starej roboty, fotografia w sepii, ryngraf, pas słucki, czy wyszczerbiona w służbie ojczyzny szabla – pozwoliło nie tylko nadać elegancki koloryt ich skromnemu życiu, ale mimo wszystko przetrwać z godnością – świetność dawnych dni stawała się źródłem siły i opromieniała zgrzebną i nieprzyjazną teraźniejszość.

Po wypędzeniu mieszkańców i rozkradzeniu tego, co tylko się dało, ziemiańskie siedziby przekazano społeczeństwu czyli jak mówiono masom ludowym, by zasypać przepaść, dzielącą biednych od bogatych, to znaczy urządzono w nich szkoły, ośrodki kultury, siedziby władz gminnych i spółdzielni produkcyjnych, rozmaite składy i magazyny. Nieliczne jak Wilanów, Nieborów, Obory, Śmiełów, Oporów czy Żagań zamieniono na muzea lub domy pracy twórczej, przynajmniej częściowo ocalając ich zabytkową substancję. Ciekawy epizod wiąże się z powojenną historią pałacu w Żaganiu. Do drugiej wojny należał on do francuskiej rodziny Talleyrand – Perigord, okres świetności przeżywając, gdy mieszkała w nim Dorota de Talleyrand- Perigord księżna Dino (1793 – 1862). W 1967 roku odwiedził Polskę generał Charles de Gaulle. Dla komunistycznego rządu wizyta miała duże znaczenie, także propagandowe. Niewiele osób wie, że jej warunkiem było zapłacenie odszkodowania rodzinie ostatnich właścicieli pałacu za nacjonalizację ich dóbr w Polsce. Reżim nad Wisłą warunek przełknął i żądaną sumę wypłacił.

Upaństwowienie dworów stało się pomnikiem gigantycznej, trwającej do dziś dewastacji kultury polskiej. Osoby, które kradły albo tylko przejmowały kradzione mienie, najczęściej nie wiedziały, co zrobić z łupem. Opisany przez Annę Branicką – Wolską przypadek rodowych kontuszy, z których, złożonych na przechowanie razem z innymi rzeczami w pewnym gospodarstwie poszyto wiejskim dzieciom sukienki, pozostaje przykładem spektakularnym, ale nie jedynym. (Marek Miller „Arystokracja”, Warszawa 1993). Franciszek Starowieyski wspomina , jak to w Chrobrzu Wielkopolskim dziury w drodze zasypano starodrukami z dworskiej biblioteki, a w jego rodowych Siedliskach z ukradzionych starodawnych uprzęży wiejski szewc szył sandały. (Franciszek Starowieyski „Franciszka Starowieyskiego opowieść o końcu świata” Warszawa 1994). Tego rodzaju wiatr powiał przez całą Polskę. Zdejmowano blachę z dachów i posadzki z podłóg, rąbano drzewa w parkach i niszczono szklarnie, książki o bibliofilskiej wartości szły na podpałkę, ich pojedyncze kartki na bibułę do skrętów, w delikatne kobierce wycierano obłocone buciory, wycinano poczerniałe – stare wszak i brzydkie, ba, czasem jakże nieskromne w treści – płótna z ram, a w ich miejsce oprawiano oleodruki, w wywleczonych z antycznych komód i szaf szufladach dawano świniom jeść, tłuczono w wiejskich kuchniach francuską, miśnieńską i angielska porcelanę.

Podobnie jak z nadwiślańskiego pejzażu jedna po drugiej znikały siedziby ziemian, tak z pejzażu kulturowego powojennej Polski starano się wymazać wszelkie ślady i przejawy tamtej pańskiej, szlacheckiej Rzeczpospolitej. Nie było to zadanie łatwe i wielce musieli się natrudzić interpretatorzy historii i literatury, żeby nauczyć Polaków wszystkiego od nowa. Choć naród ze swej natury przekorny (wpływ szlacheckiej wolności właśnie!) zawsze swoje wiedział, niestety nie można powiedzieć, że praca tysięcy propagandzistów, historyków, pisarzy, dziennikarzy, wszystkich intelektualnych wyrobników Peerelu, całkowicie poszła na marne. Odcienie tej walki były bardzo zróżnicowane. Po bolszewickim przejęciu własności prywatnej sięgnięto po bardziej subtelne metody. Przy pomocy kpiny i satyry formowano nowy wzorzec wartości, zachowań, stylu życia, a nawet mody. W "Popiele i diamencie", najgłośniejszym dziele literatury socrealizmu, byli ziemianie to nie tylko drugoplanowe postacie schyłkowego świata, to protagoniści rozkładu, beznadziei, degrengolady, dekadencji i wszystkiego co najgorsze. Zresztą ta akurat książka miała zohydzać całą przedwojenną Polskę, jej system wartości, jej bohaterów z AK, na których tle zapalił Andrzejewski promienną gwiazdę: Towarzysza Szczukę, by pokolenia maturzystów miały z kogo czerpać wzór i umiały odróżnić białe od czerwonego. Miejsce ziemian zajęli obszarnicy. W "Przekroju" zagościł bohater rysunkowych dowcipów, przedwojenny burżuj Bęc – Walski. Z głów pan i panów – przepraszam – obywatelek i obywateli – poznikały kapelusze zastąpione demokratycznymi czapkami, a rękawiczki zakładano tylko podczas tęgich mrozów. Zapadły się pod ziemię salony a z nimi salonowe maniery, pozostał salonowiec, a każdy przejaw delikatniejszego gustu czy zachowania zyskiwał etykietkę pańskich fanaberii.


Lipcowy dzień upalnego lata 2003 roku. Rozżarzone słońce zawisło nad całą Polską, nadając jej pozór jakiegoś południowego kraju Nie inaczej w Wielkopolsce, po której podróżujemy od kilku dni, ale dzisiejszy postój wypadł w cienistej oazie przeszłości. Niemodne określenie, ale niech zostanie, bo oddaje atmosferę miejsca i spędzonych w nim godzin.

Koszuty, wieś nieopodal Środy Wielkopolskiej, z osiemnastowiecznym modrzewiowym dworem Koszuckich, od 1850 roku Rekowskich, obecnie Muzeum Ziemi Średzkiej. W progi tego domu przywiódł nas Andrzej Heydel, potomek starego, wywodzącego się z Turyngii, spolszczonego jeszcze w XVII wieku rodu, zapewniając, że zobaczymy prawdziwą siedzibę szlachecką, że będzie jak . . jak bywało przed wojną. Jest. Zwiedzamy muzeum z jego kustoszem Tadeuszem Osyrą, dla którego miejsce to jest dziełem życia. Przez dwadzieścia lat dzień po dniu pieczołowicie odtwarzał wnętrze po wnętrzu – siedem obszernych pokoi – zapełniając je meblami, tkaninami, obrazami, bibelotami ze szkła, porcelany, metalu i drewna, aż stworzył w martwym domu iluzję życia. Urzekająca dbałość o szczegóły: na biurku w gabinecie pana domu leży otwarte pudełko zapałek z minionej epoki, jakieś dziecko zostawiło porcelanowe lalki w pokoju dziecinnym, a za parawanem w damskiej sypialni wstydliwie skryto słupek (przenośny klozecik). Dwór otacza park, zrekonstruowany z taką samą starannością, z okrągłym klombem od frontu, ze starannie wygracowanymi alejkami, z wonnym ogródkiem ziołowym.

Na koniec usiedliśmy w w pokrytej gęstwą pnączy altanie, rozgrzane popołudnie przysiadło za zieloną ścianą. Kawa w kruchych filiżankach, cukier w srebrnej szkatułkowej cukiernicy, mdleją róże w wazie z lawendowo – cytrynowej majoliki. Dzień się już. nachyla i mimo uporczywego gorąca, cienie się wydłużają. Przeszłość wypełza z niebytu – wejście w rzeczywistość staroświecką jak "Kodeks" Boziewicza, powieści Rodziewiczówny, czy savoir vivre. Czasu jednak nie można cofnąć, ani umarłych przywrócić żywym. Można tylko patrzeć, przemyć oczy iluzją, zanim i ona zniknie, zapadnie w otchłań kiczowatej pseudokultury, pazernego dyletanctwa epoki postmodernizmu, w niepamięć wreszcie.

Autorka artykułu

Joanna Gliwa

Urodzona w Warszawie absolwentka Wydziału Historycznego i Pomagisterskich Dziennych Studiów Dziennikarskich na Uniwersytecie Warszawskim, podczas których uczestniczyła w Seminarium Reportażu prowadzonym przez Krzysztofa Kąkolewskiego (1987/1988). Jest autorką poświęconego rodzinom ziemiańskimi ich siedzibom zbioru reportaży historycznych „Dwór, pejzaż okaleczony” (2007), zapisu wyprawy śladami polskich rodów po dawnych ziemiach kresowych „Podróż na Wschód” ( 2011), dziennika z życia i podróży po Australii „Notes z Antypodów” (2012) oraz współautorką książki biograficznej „Miałam szczęśliwe życie” o Annie Branickiej–Wolskiej ostatniej z rodu ostatnich właścicieli Wilanowa (2015 wspólnie z Anną Branicką–Wolską).

W latach 1991 – 2007 dzieliła życie między Polskę i Australię, była w tym czasie współpracownikiem melbourneńskiego „Tygodnika Polskiego”, w którym opublikowała około dwustu reportaży. Obecnie mieszka w malowniczej Otulinie Parku Krajobrazowego Puszcza Kozienicka.

- opis za Karol Soberski


Ostatnie artykuły

| Nina Herzberg-Zielezińska | Blog
(Nie) najgorsze wakacje w radońskim dworze Portal Dwory i Pałace Polski objął patronat nad publikacją Iwony Pastuszka-Vedral (Nie) najgorsze wakacje w radońskim dworze! Sprawdź moją recenzję tej w...
| Nina Herzberg-Zielezińska | Blog
Mikroprzewodniki na mikrowyprawy - nowa seria ebooków Mikroprzewodniki na mikrowyprawy to seria ebooków, która powstała z inicjatywy czworga pasjonatów, dzięki której możesz lepiej poznać wojewódz...
| Nina Herzberg-Zielezińska | Blog
Marie-Else von Diezelsky z domu hrabina Keyserlingk Marie-Else von Diezelsky, z domu hrabina Keyserlingk, była postacią o nieprzeciętnej wrażliwości i wszechstronnych zainteresowaniach. Pochodziła...
| Nina Herzberg-Zielezińska | Blog
Odkryj pałac w Godętowie Pałac w Godętowie (obecnie Pałac Godętowo Hotel Restauracja & Events) był siedzibą wielu znamienitych rodów pomorskich. Został kompletnie zrujnowany w latach 90-tych X...

logo dwory i pałace polski

Copyright © 2020 Dwory i Pałace Polski. Powered by Indico S.C.  & Joomla! CMS 

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Znajdż nas na:

Instagram Facebook Facebook youtube

Kontakt

Indico S.C. , Przyjaźni9, 84-215 Gowino
NIP: 5882424318, REGON: 366309509

Kontakt z redakcją:

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.